Bywają w biznesie i w życiu takie momenty, kiedy jest naprawdę ciężko. Stawiasz coś od zera albo próbujesz wyjść z trudnej sytuacji. Spraw jest dużo, każda wymaga uwagi, a ty chcesz osiągnąć swój cel..
W takich momentach dobrym rozwiązaniem jest… tymczasowy monastycyzm.
To zaskakująco prosta i potężna myśl, którą stosowałem w swoim życiu już kilka razy i która pomogła mi rozwiązać wiele problemów. Dlatego polecam ją też wszystkim, którzy mają ciężko albo próbują zrobić coś, co wymaga naprawdę dużego skupienia.
Co mają mnisi do prowadzenia firmy?
Dlaczego klasztory powstawały daleko od miast, mnisi prawie nic nie posiadali, a ich codzienność miała nienaruszalne zasady? Bo kiedy chcesz wykonać wielką i trudną pracę, warto usunąć wszystko, co nie jest z nią związane.
Kiedy ograniczasz wszystkie możliwe rozpraszacze, twój mózg może skupić się na pozostałych aktywnościach. A jeżeli są to tylko aktywności przekładające się na twój sukces, będziesz miał dużo większe szanse na zwycięstwo. Niby proste w teorii, ale zaskakująco trudne w praktyce.
Dlatego…
Robisz biznes? Zrób z siebie mnicha (ale na trochę)!
Kiedy chcę zrobić coś dużego, mówię sobie: dobra, przez najbliższy czas będę mnichem. Skupiam się tylko na tym, co teraz chcę zrobić, i ograniczam resztę. Przez jakiś czas będzie mniej seriali, gier i wyjść, mniej atrakcji, mniej zakupów, mniej wakacji.
Tylko w przeciwieństwie do mnichów ja robię to tymczasowo, nie na całe życie. W głowie mam wtedy bardzo konkretne: przejdźmy przez tę pracę, doprowadźmy ważne rzeczy do końca, a potem cieszmy się owocami pracy.
Świadomość, że to jest tymczasowe, ma duże znaczenie. Łatwiej zrezygnować z czegoś na określony etap niż ogłaszać sobie zakaz na całe życie. Jak to powiedział Nietzsche:
“Kiedy wiesz, po co żyjesz, nie przejmujesz się, jak żyjesz.”
(„Kiedy ma się swoje «dlaczego» życia, można znieść niemal każde «jak»”. („Hat man sein warum? des Lebens, so verträgt man sich fast mit jedem wie?”)
Trudność 1: Nasze rozrywki są zaskakująco męczące
I tutaj pojawia się trudność. Kiedy człowiek ciężko pracuje, tym bardziej chce sobie to jakoś wynagrodzić. Szczególnie w sposób promowany przez agencje marketingowe, czyli przez konsumpcję. Tyle że taki sposób odreagowania zamiast pomagać, przeszkadza:
- Kończę pracę i odpalam grę. Co robię? Dalej rozwiązuję zadania. Planuję, podejmuję decyzje, reaguję na problemy.
- Oglądanie też angażuje. Serial wciąga w kolejne historie. Przy przewijaniu TikToka co chwilę dostajemy nowy temat i inną emocję.
- Podobnie bywa z wakacjami. Mam za dużo na głowie, więc chcę wyjechać. Najpierw jednak trzeba wybrać miejsce, porównać noclegi i zorganizować podróż i zanim sie obejrxę, mam dodatkowy projekt do obsłużenia.
Dlatego w tymczasowym monastycyzmie jest miejsce na ograniczenie także tych rzeczy, które większość traktuje jako nagrodę po pracy. Warto krytycznie je oceniać i wybierać te, które w tej sytuacji służą, a omijać te, które jeszcze bardziej męcza lub rozpraszają.
Trudność 2: Nasze rozrywki są zaskakująco czasochłonne
W dzisiejszym świecie mamy mnóstwo atrakcji, które są tak angażujące, że często nawet nie zauważamy, ile czasu nam zabierają. Miało być piętnaście minut, zrobiła się godzina, a po kilku tygodniach trudno już powiedzieć, ile wieczorów tak zniknęło.
„Niektóre chwile są nam wydzierane, inne zabierane ukradkiem, a jeszcze inne po prostu przeciekają nam przez palce. Najgorsza jednak jest strata wynikająca z niedbalstwa. Jeśli uważnie się przyjrzysz, zobaczysz, że wielka część życia upływa nam na złym działaniu, największa na bezczynności, a całe życie na robieniu czegoś innego, niż powinniśmy.” [Seneka]
Obejrzenie sezonu serialu może trwać trzydzieści godzin. To już jest kawał czasu, w którym można wykonać mnóstwo pracy i w tym kontekście odłożenie serialu przestaje wyglądać jak wielkie poświęcenie.
Życie każdego człowieka to “obrót ograniczonych zasobów, które mają alternatywne zastosowania”. (Tak ekonomista Lionel Robbins określał gospodarkę, ale też pasuje to do życia kazdego człowieka”. Jeżeli spedzisz na godziny na jedna aktywnosc, nie spedzisz ich na inna. Muszisz wybrać. A brak decyzji to też decyzja, ale najgrosza.
Właśnie dlatego warto przyjrzeć się najpierw takim drobnym, powtarzalnym zajęciom. Część z nich zabiera dużo czasu, choć nie jest niezbędna ani dla mojego szczęścia, ani dla relacji z bliskimi. To tam często można znaleźć dodatkowy czas bez dużych konsekwencji dla rodziny czy innych ludzi.
Polub nudę, odrzuć FOMO
Zostawiamy sobie bardzo mało miejsca na nudę. Każdą wolną chwilę usiłujemy wypełnić. Nawet odpoczynek łatwo zamienić w szukanie kolejnego zajęcia. Ma się coś dziać, mamy coś oglądać, gdzieś być.
Nie zawsze da się mieć ciastko i zjeść ciastko. Jeżeli chcę zrobić coś wymagającego, muszę zaakceptować, że przez pewien czas ominą mnie inne rzeczy. W czasie intensywnej pracy potrzebujemy posiedzieć bez ekranu. Pójść na spacer bez włączania sobie czegoś do słuchania. Pozwolić, żeby przez chwilę nic szczególnego się nie działo. Mogę mieć wolny wieczór i nie zagospodarować go całego.
W okresie skupienia lepiej się wyspać albo pojeździć na rowerze. Warto bardzo dbać o siły do pracy, którą sobie zaplanowaliśmy.
Nasz mózg nie jest z gumy
Dlaczego monastycyzm tak dobrze działa? Bo na co dzień męczymy nasze mozgi.
Nasz mózg łatwo przeskakuje między wieloma sprawami, a nasza uwaga nie zawsze podąża za tym, co najważniejsze. Drobna sprawa potrafi nas zająć równie mocno jak duża, chociaż jej znaczenie jest niewielkie. Dlatego ograniczenie liczby zajęć to przede wszystkim ograniczenie liczby decyzji, które musisz codziennie podejmować.
W badaniu „The Mere Urgency Effect” (2018) uczestnicy częściej wybierali zadania z niższą nagrodą zamiast tych z wyższą, gdy te pierwsze sprawiały wrażenie pilnych, nawet jeśli pilność była pozorna. Sama presja czasu potrafiła więc przeważyć nad większą korzyścią z zadania.
Z kolei w dwóch eksperymentach opisanych w 2009 roku wskazano, że po przejściu od niedokończonego zadania do kolejnego część uwagi nadal pozostaje przy poprzednim, co pogarsza wykonanie nowego zadania.
Barack Obama podczas prezydentury mówił, że nosi tylko szare lub niebieskie garnitury, żeby ograniczyć codzienne wybory. Wyjaśniał, że ma zbyt wiele innych decyzji do podjęcia, żeby dodatkowo zajmować się tym, co będzie jadł albo nosił. W ten sposób upraszczał sobie codzienność i znajdował więcej sił na naprawdę ważne sprawy.
A to przecież logiczne:
- Kiedy się nudzisz, znajdujesz rozwiązania.
- Kiedy dzień ma powtarzalny schemat, łatwiej ci się skupić.
- Wycofanie się z nadmiaru bodźców to mniej okazji, żeby co chwilę przeskakiwać z tematu na temat.
Robię to nawet teraz
W momencie pisania tego artykułu jestem w połowie takiego okresu monastycyzmu.
Przestawiłem moją firmę Rek House na nowe tory, buduję nowy biznes w e-commerce, do tego wydałem swoją płytę i nagrałem dużo muzyki. Już wcześniej miałem świadomość, ile pracy wiąże się z tym wszystkim i jak zajmujące są rzeczy, które chcę doprowadzić do skutku.
Dlatego świadomie powiedziałem sobie: to jest ten moment. Ograniczam wszystko, co nie przekłada się na sukces. Teraz chcę osiągnąć duże, trudne rzeczy. Muszę wybrać, na co przeznaczę swój czas.
Jeżeli wieczorem poświęcę kilka godzin na grę, te godziny już nie wrócą. Mogę oczywiście zdecydować, że właśnie tak chcę spędzić wieczór. Ale chcę widzieć ten wybór uczciwie. W okresie, w którym bardzo zależy mi na konkretnym efekcie, wiem, na co te godziny są mi potrzebne.
Głęboka satysfakcja jest lepsza niż szybka przyjemność
Ktoś mógłby zapytać: no dobrze, ale czy po kilku dniach nie zaczyna ci brakować tych wszystkich przyjemności? U mnie zwykle tak się nie dzieje, bo jest mi w tym skupieniu dobrze.
Mam przed sobą cel, mam związaną z nim wizję i swoje marzenia. Wiem, czemu służy ten okres. Dzięki temu ograniczenie rozrywek jest dla mnie dużo łatwiejsze. Mogę z czegoś zrezygnować i jednocześnie czuć satysfakcję, bo wiem, do czego mnie to przybliża.
Jest w tym takie głębokie poczucie celowości. Robię rzeczy, które mają dla mnie znaczenie, i to daje mi dużo satysfakcji. Krótkie przyjemności w tym momencie zwyczajnie mniej mnie ciągną. Mój projekt zajmuje mi głowę, interesuje mnie i chcę zobaczyć, co z niego powstanie.
Rozumiem przyjemności życia, ale nie potrzebuję ich w każdym okresie życia w takim samym wymiarze.
Jak zaplanować sobie taki okres?
Zacząłbym od konkretnego celu. Co ma powstać i dlaczego mi na tym zależy? Później przyjrzałbym się pracy, która mnie czeka. Co trzeba rozwiązać, jakie są przeszkody i ile mniej więcej czasu potrzebuję? Wszystkiego nie przewidzę, ale mogę przynajmniej ocenić skalę przedsięwzięcia.
Powiedzmy, że chcę uruchomić sklep internetowy i zakładam dwa czy trzy miesiące intensywnej pracy. Na ten czas ograniczam gry oraz przypadkowe siedzenie w telefonie. Od razu ustalam też, jak będę odpoczywał, żeby mój plan był do utrzymania.
Warto określić, kiedy ten etap się kończy. Na przykład po uruchomieniu sklepu albo w ustalonym terminie, kiedy ocenię, co udało się zrobić. Wtedy mogę świadomie zdecydować, co dalej. Bez takiej granicy łatwo ciągle znajdować kolejny powód, żeby jeszcze trochę odłożyć resztę życia.
Bliskim tłumaczę, nad czym pracuję i dlaczego przez jakiś czas będę mniej dostępny. W mojej sytuacji taka rozmowa działa: ludzie wiedzą, co się dzieje. Wolę też najpierw odzyskać czas z telefonu i gier, zanim zacznę ograniczać spotkania z osobami, na których mi zależy.
A jeśli jednak odpalę grę?
Zdarza się. Mogę też złapać się na tym, że od dłuższej chwili oglądam głupoty na YouTubie. Wtedy chcę to zauważyć i skończyć, zanim z krótkiej przerwy zrobi się cały wieczór. Jeden taki raz nie przekreśla całego planu.
Nazywam to mentalnym dawaniem sobie po łapkach. Mówię sobie: „O, Kuba, znowu cię ciągnie do gry. Wiesz przecież, co chcesz teraz zrobić. Na dzisiaj wystarczy”.
To typowy schemat wypracowywania własnych przyzwyczajeń, a nawyki są drugą naturą człowieka. I co najlepsze, za każdym razem jest coraz łatwiej. Na początku częściej muszę się zatrzymywać i przypominać sobie, co postanowiłem. Później coraz mniej czasu spędzam na negocjowaniu ze sobą, czy może jednak dzisiaj zagram. Mam już ustalone, czemu służy ten okres, i łatwiej mi według tego układać dzień.
Pomaga mi też przypominanie sobie tego rano: co jest teraz ważne i czego dzisiaj nie robię. Chcę mieć to jasno w głowie. Wieczorem, kiedy pojawi się kolejna pokusa, mogę wrócić do własnej decyzji. Wiem, że podjąłem ją z jakiegoś powodu.
Przykłady z życia
Red Hot Chili Peppers: własny świat na czas nagrań
W 1991 roku Red Hot Chili Peppers nagrali „Blood Sugar Sex Magik”, swój piąty album studyjny. Zamiast tradycyjnego studia wybrali z Rickiem Rubinem dom w Laurel Canyon w Los Angeles. Kiedis wspominał, że rzadko go opuszczali, a Flea opisywał ten czas jako możliwość grania bez ciężaru codziennych obowiązków. Frusciante jeszcze podczas przygotowań do płyty ograniczył chodzenie do klubów i skupił się na tworzeniu. Pracę nad albumem pokazuje dokument o nazwie… „Funky Monks”.
Bill Gates: siedem dni bez maila
Bill Gates opisywał swoje „Think Weeks”, podczas których wyjeżdżał do domku nad Hood Canal z książkami i opracowaniami technicznymi. Przez siedem dni czytał, myślał i pisał o przyszłości. Kontakt ograniczał do osoby dostarczającej posiłki, nie sprawdzał nawet poczty elektronicznej. Z góry wydzielał czas, w którym mógł odsunąć codzienne sprawy i zająć się tematami wymagającymi dłuższego namysłu.
Bon Iver: trzy miesiące w leśnym domku
Justin Vernon, twórca Bon Iver, spędził trzy miesiące samotnie w domku w lasach Wisconsin. Początkowo chciał się wycofać po rozpadzie poprzedniego zespołu. Prosta codzienność, cisza i praca przy drewnie stopniowo ustąpiły miejsca intensywnemu nagrywaniu. Z tego okresu powstał materiał na „For Emma, Forever Ago”. Ten przykład pokazuje też coś, o czym pisałem przy nudzie: zostawienie sobie wolnej przestrzeni może pomóc wrócić do tworzenia, nawet jeśli na początku nie ma jeszcze gotowego planu.
Maya Angelou: kilka godzin dziennie w pustym pokoju
Maya Angelou opowiadała w „The Paris Review”, że wynajmowała pokój hotelowy na kilka miesięcy i przychodziła tam około 6.30 rano pisać. Prosiła, żeby ze ścian usunięto dekoracje. Pracowała do południa lub wczesnego popołudnia, a potem wracała do domu. U niej skupienie miało wyraźne granice: stałe miejsce i określone godziny, po których wracała do pozostałej części życia.








